Sedina nie pasuje do polskiego Szczecina
23.10.2008
, aktualizacja: 23.10.2008 21:17
Czy fontanna Manzla warta jest odbudowy? Skłaniałbym się raczej przeciw tej inicjatywie, gdyż drażni mnie patos i monumentalizm pomników wilhelmińskich, które kojarzą się z powolnym zmierzaniem Niemiec w stronę ślepej uliczki: pierwszej, a następnie drugiej wojny światowej - pisze Jan M. Piskorski*
ZOBACZ TAKŻE
- Sedina za eurofundusze to już tylko formalność (09-11-10, 13:23)
- Jerzy Fiuk: Sedina to turystyczny pewniak (29-08-08, 21:59)
SERWISY
"Dobremu żeglarzowi wiatry zawsze sprzyjają" - mieli mawiać dawni Pomorzanie, a przekonanie to musiało być szczególnie silne w Szczecinie przełomu XIX i XX w., kiedy miasto, kierowane przez znakomitego sternika, nadburmistrza Hermanna Hakena, przeżywało wielki, choć krótki, boom gospodarczy wiążący się głównie ze zjednoczeniem Rzeszy w 1871 r.
Szczecin urósł do rangi największego portu nad Bałtykiem i ważył się rzucić rękawicę samemu Hamburgowi. Ze wszech stron wpychała się doń wielkomiejskość, rozdzierając stare, prowincjonalne struktury miasta. Budowano ogromne place, szerokie ulice, zachwycające budowle publiczne, szpitale, kamienice, których widok jeszcze dzisiaj zapiera dech w piersiach, wreszcie - rozległe cmentarze i parki, gdzie sadzono drzewa i krzewy z całego świata. Przede wszystkim jednak kwitły stocznie, rozwijał się przemysł, a port pękał od natłoku zawijających statków.
Warunkiem trwania szczecińskiej prosperity stała się budowa nowoczesnego portu wolnocłowego, który ogromnym nakładem sił i środków ukończono w 1898 r. W pochmurny piątek, 23 września, nastąpiło jego uroczyste otwarcie. Niemal wszystkie gazety szeroko opisywały uroczystości, część wydała specjalne dodatki, w których informowała o nowym porcie, o związanych z nim szansach i ryzykach. Jedynie związkowa "Volks-Bote" chłodno odniosła się do samej ceremonii, krytykując przy okazji marnotrawstwo związane z cesarską wizytą, a także ucieczki z pracy robotników, którzy chcieli obejrzeć cesarza.
Goście napływali do miasta i portu od samego rana. Przy drogach stanęły szpalery odświętnie ubranych członków związków strzeleckich i gimnastycznych, cechów rzemieślniczych i kupieckich, kombatantów i żołnierzy, uczniów i uczennic, które przepasane były szarfami w barwach Pomorza, a na włosach miały upięte wianki. O dziesiątej na szczeciński dworzec wjechał ekspres z Berlina, którym przyjechało kilku ministrów, zarząd stolicy i dziennikarze. Parowiec Neptun zabrał część z nich na przejażdżkę po porcie, aby zwrócić uwagę gości na budowany w stoczni pancernik. Dokładnie w południe specjalny pociąg przywiózł Wilhelma II i jego małżonkę, co - jak podkreślały gazety - dodało uroczystościom wyjątkowego splendoru. Przy głośnym wtórze okrzyków "hurra" i "niech żyją", torpedowiec "D 1", specjalnie ściągnięty z Kilonii, przeprawił cesarską parę do portu na Łasztowni, gdzie na powitanie rozległy się fanfary w wykonaniu orkiestry Królewskiego Regimentu. Ta sama orkiestra zagrała następnie "Fehrbelliner Reitermarsch", najsłynniejszy niemiecki marsz wojskowy. Burmistrz Haken w krótkim przemówieniu wskazał na odwagę szczecinian, którzy podjęli się budowy portu "z prawdziwie morską odwagą". W kurtuazyjnej odpowiedzi Wilhelm II, słynący z szowinistycznych, buńczucznych i długich przemówień, życzył powodzenia nowemu portowi, zbudowanemu "z iście pomorską bezwzględnością i pomorskim uporem", wbrew wzmagającemu się "partyjniactwu", co w ustach cesarza oznaczało po prostu krytykę demokratycznej kontroli.
***
Owacyjnie żegnaną przez tłumy parę cesarską torpedowiec odwiózł z powrotem na nabrzeże przy Poczcie Głównej, skąd dostojni goście udali się na Grüne Schanze, Zielony Szaniec, ówcześnie najbardziej reprezentacyjny plac miejski, dzisiaj zaniedbany plac Tobrucki. "Gdy kareta z parą cesarską wjechała na Grüne Schanze, trysnęła woda z fontanny", po czym Wilhelm II w towarzystwie rzeźbiarza, Karla Ludwika Manzla i burmistrza Hakena obejrzał dopiero co ukończone dzieło. W tym czasie szczecińskie damy wiwatowały ze schodów Nowego Ratusza na cześć pary cesarskiej, a orkiestra odegrała specjalnie skomponowany walc, który Richard Henrion, znany i lubiany przez Wilhelma twórca marszów wojskowych, opatrzył krótkimi słowami: "Szczecin pięknym miastem jest, w nim fontanna Manzla jest". Spośród kolosalnych figur, z których miała bić przemyślana harmonia i nieskończone piękno - zachwycała się dość powściągliwa normalnie "Pommersche Zeitung" - cesarzowi najbardziej spodobał się mocarz popychający statek ze Stettiną - Szczeciną, kobiecą personifikacją rozkwitającego miasta. Żartował, jak z wyraźną kpiną odnotował "Volks-Bote", że takiego siłacza potrzebowałby, aby wreszcie przepchnąć przez "niesubordynowany" parlament zwiększenie wydatków na flotę wojenną. Stettina zgodnie z trendami epoki przyjęła niebawem zlatynizowaną nazwę Sedina, brzmiącą lepiej, a na pewno bardziej podniośle. Znajduje ona zresztą dobre uzasadnienie w jednej z najstarszych łacińskich nazw Szczecina. Nie widać podstaw dla pojawiających się dzisiaj opinii, w których dorabia się nazwie Sedina antysłowiańską ideologię.
Po kilkunastominutowym postoju przy pomniku, Wilhelm odjechał na dworzec, mijając salutujące oddziały grenadierów. Pozostali uczestnicy udali się do Konzerthausu, Sali Koncertowej, przy Augustastrasse (dzisiejszej ul. Małopolskiej), gdzie o godz. 15 odbył się wydany przez miasto uroczysty obiad. Przy ośmiu stołach zasiadło 275 gości, którym zaserwowano między innymi zupę ogonową, turbota po ostendzku, baranie żeberka z warzywami, salami z kuropatwy, bułeczki serowe, desery i wina. Po pierwszym daniu toast na cześć cesarza, "obrońcy pokoju", wygłosił nadprezydent (dziś powiedzielibyśmy wojewoda) Pomorza, Robert Wiktor von Puttkamer, kończąc zwyczajowym "Niech żyje!", co natychmiast podchwycili pozostali stołownicy, odśpiewując pierwszą zwrotkę hymnu narodowego, zawierającą słynne "Niemcy, Niemcy ponad wszystko, ponad wszystko na świecie". W trzech dalszych, dłuższych przemówieniach, wskazywano przede wszystkim na potrzebę rozbudowy zaplecza szczecińskiego portu, pogłębienia toru wodnego na Zalewie i zbudowania krótkiej drogi wodnej do Berlina. Samej Sedinie, "patrzącej odważnie w dal", poświęcił kilka słów jedynie nadburmistrz Haken, dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do powstania pomnika: wspaniałego zwieńczenia wykonanej przez miasto ogromnej pracy. Prezes szczecińskiej Korporacji Kupców, H. Haker, zaangażowany w budowę pomnika, mówił niemal tylko o handlu, szczególnie podkreślając konieczność zwiększenia eksportu towarów przez Szczecin, jak i przejęcia przez miasto wpływów z importu towarów rosyjskich do Berlina, które wciąż płynęły przez Hamburg. Około godz. 18 przyjęcie dobiegło końca.
***
Fontanna autorstwa profesora Manzla, urodzonego na Pomorzu rzeźbiarza berlińskiego, wrosła szybko w krajobraz Szczecina, stając się jednym z jego pocztówkowych symboli. Chociaż nie ulega wątpliwości, że już w momencie powstania monumentalna i wyraźnie przegadana Sedina, jakże kiczowata w zestawieniu z postaciami starszego od Manzla Augusta Rodina, trąciła myszką na tle europejskiej sztuki pomnikowej, to przecież odzwierciedlała ona dobrze trendy w sztuce wilhelmińskiej Rzeszy - jej ciężki i jednocześnie pompatyczny charakter. Odzwierciedlała też dumę wzrastającego w siłę miasta, które jednak wciąż nie miało swojego miejsca na mapie kulturalnej Rzeszy. Ba, ono jego jeszcze nawet nie szukało! Alfred Döblin, najwybitniejszy z pisarzy urodzonych w Szczecinie i zarazem, inaczej niż większość ówczesnych niemieckich szczecinian, przyjaciel odrodzonej w 1918 r. Polski, z niechęcią wspominał szczecińskie „ciasne” klimaty, zupełnie niesprzyjające pracy twórczej. Przed szczecińskim zaściankiem prawdziwi twórcy wciąż uciekali. Sam Manzel artystą wybitnym - na skalę europejską - na pewno nie był, ale umiał się doskonale wpasować w czas, zawsze idąc w pierwszym szeregu: rzeźbił pomniki Wilhelmowi II, młodej Republice Weimarskiej, aby krótko przed śmiercią odlać jeszcze, jak pisała jedna z ówczesnych gazet, „znakomity brązowy medal dr. Goebbelsa”. Również wspomniany Richard Henrion dożył Trzeciej Rzeszy, komponując dla niej marsz fanfarowy „Heil Hitler”. W tym czasie Döblin musiał uciekać z Rzeszy, do której wrócił po wojnie we francuskim mundurze.
***
Czy Sedina, zapytajmy na koniec, warta jest odbudowy? Skłaniałbym się raczej przeciw tej inicjatywie, gdyż drażni mnie patos i monumentalizm pomników wilhelmińskich, które kojarzą się z powolnym zmierzaniem Niemiec w stronę ślepej uliczki: pierwszej, a następnie drugiej wojny światowej. Wprawdzie Sedina nie zawiera żadnych bezpośrednich odniesień militarystycznych, ale - stwierdza współczesny historyk niemiecki Peter Hahn - nie ulega wątpliwości, że sam ogrom postaci z pomników Manzla wyraża potęgę władzy i poczucie wyższości. Jego Sedina należy więc do swoich czasów. Czasów, w których słowa z pierwszej zwrotki niemieckiego hymnu rozumiano coraz bardziej dosłownie, nawet jeśli jeszcze nie tak, jak je interpretowali naziści.
Niezmiernie naiwna i do bólu prowincjonalna jest wiara organizatorów szczecińskiej zbiórki na odbudowę pomnika, że przyciągnie on do miasta turystów. Przyciągnąłby, i owszem, ale tylko dawnych mieszkańców Szczecina, z których stopniowym odchodzeniem z ziemskiego padołu skończy się prosty czas turystyki nostalgicznej. Pozostali Niemcy na pewno nie przyjadą do Szczecina dla Manzla, gdyż mają jego rzeźb pod dostatkiem u siebie, niektóre tymczasem w lapidariach. Chcąc ściągać turystów "na rzeźbę", trzeba by czegoś świeżego, czegoś na miarę pistoletu z zawiązaną lufą, zdobiącego od 1988 r. wejście do siedziby ONZ.
Jest jeszcze jeden argument przeciw odbudowie monumentu, w istocie najmocniejszy. Pomnik Sediny kompletnie nie pasuje do dzisiejszego placu Tobruckiego, zdewastowanego przez wojnę oraz powojenne rozbiórki i budowy. Miasta, które on symbolizował, dawno nie ma. Zniszczyli je sami szczecinianie, zaufawszy - w stopniu jeszcze wyższym niż Niemcy z innych regionów - Hitlerowi. Nawet jeśli przytłaczająca większość z nich nie wiedziała, na co głosuje. Symbolem obecnego Szczecina jest raczej tobołek, który chciał postawić na cokole fontanny Maciej Szańkowski, jeden z najwybitniejszych rzeźbiarzy polskich. Idea to godna poparcia i znakomicie współgrająca z pomysłem na brakujące Szczecinowi nowoczesne muzeum miasta w latach 1933-1989, muzeum obrazujące historię środkowoeuropejskiego miasta w dobie totalitarnych przesiedleń i dyktatury. Plac Tobrucki byłby dla niego miejscem wprost wymarzonym.
Jest tylko jedna możliwość uratowania idei przywrócenia miastu pomnika Sediny. Trzeba by jednak przetworzyć ten monument, co mógłby zrobić tylko wybitny artysta. Nowa Sedina musiałaby zawierać opowieść o tym, co wydarzyło się w Szczecinie po 1933 r.: o spaleniu przez nazistów stojącej nieopodal żydowskiej synagogi, o napływie tysięcy robotników przymusowych, o niemieckich opozycjonistach - lewicowych i księżach - zamordowanych przez hitlerowskich katów, o alianckich bombardowaniach, o latarniach pełnych dezerterów w 1945 r., o ucieczce i przymusowym wysiedleniu Niemców, o napływie osadników polskich, w tym licznych polskich Żydów i z czasem Ukraińców, wreszcie o demontażu pomnika, który - jak niemal wszystkie pomniki i dzwony w środkowej Europie - został przetopiony na armaty. Bez tej opowieści Sedina będzie niczym teatralny rekwizyt bez kulisów, będzie świadkiem cudzej historii, a naszych kompleksów.
* Jan M. Piskorski - (ur. 1956), publicysta i historyk z Uniwersytetu Szczecińskiego, profesor gościnny wielu uniwersytetów zagranicznych, przewodniczący Rady Muzeum Narodowego w Szczecinie.
Szczecin urósł do rangi największego portu nad Bałtykiem i ważył się rzucić rękawicę samemu Hamburgowi. Ze wszech stron wpychała się doń wielkomiejskość, rozdzierając stare, prowincjonalne struktury miasta. Budowano ogromne place, szerokie ulice, zachwycające budowle publiczne, szpitale, kamienice, których widok jeszcze dzisiaj zapiera dech w piersiach, wreszcie - rozległe cmentarze i parki, gdzie sadzono drzewa i krzewy z całego świata. Przede wszystkim jednak kwitły stocznie, rozwijał się przemysł, a port pękał od natłoku zawijających statków.
Warunkiem trwania szczecińskiej prosperity stała się budowa nowoczesnego portu wolnocłowego, który ogromnym nakładem sił i środków ukończono w 1898 r. W pochmurny piątek, 23 września, nastąpiło jego uroczyste otwarcie. Niemal wszystkie gazety szeroko opisywały uroczystości, część wydała specjalne dodatki, w których informowała o nowym porcie, o związanych z nim szansach i ryzykach. Jedynie związkowa "Volks-Bote" chłodno odniosła się do samej ceremonii, krytykując przy okazji marnotrawstwo związane z cesarską wizytą, a także ucieczki z pracy robotników, którzy chcieli obejrzeć cesarza.
Goście napływali do miasta i portu od samego rana. Przy drogach stanęły szpalery odświętnie ubranych członków związków strzeleckich i gimnastycznych, cechów rzemieślniczych i kupieckich, kombatantów i żołnierzy, uczniów i uczennic, które przepasane były szarfami w barwach Pomorza, a na włosach miały upięte wianki. O dziesiątej na szczeciński dworzec wjechał ekspres z Berlina, którym przyjechało kilku ministrów, zarząd stolicy i dziennikarze. Parowiec Neptun zabrał część z nich na przejażdżkę po porcie, aby zwrócić uwagę gości na budowany w stoczni pancernik. Dokładnie w południe specjalny pociąg przywiózł Wilhelma II i jego małżonkę, co - jak podkreślały gazety - dodało uroczystościom wyjątkowego splendoru. Przy głośnym wtórze okrzyków "hurra" i "niech żyją", torpedowiec "D 1", specjalnie ściągnięty z Kilonii, przeprawił cesarską parę do portu na Łasztowni, gdzie na powitanie rozległy się fanfary w wykonaniu orkiestry Królewskiego Regimentu. Ta sama orkiestra zagrała następnie "Fehrbelliner Reitermarsch", najsłynniejszy niemiecki marsz wojskowy. Burmistrz Haken w krótkim przemówieniu wskazał na odwagę szczecinian, którzy podjęli się budowy portu "z prawdziwie morską odwagą". W kurtuazyjnej odpowiedzi Wilhelm II, słynący z szowinistycznych, buńczucznych i długich przemówień, życzył powodzenia nowemu portowi, zbudowanemu "z iście pomorską bezwzględnością i pomorskim uporem", wbrew wzmagającemu się "partyjniactwu", co w ustach cesarza oznaczało po prostu krytykę demokratycznej kontroli.
***
Owacyjnie żegnaną przez tłumy parę cesarską torpedowiec odwiózł z powrotem na nabrzeże przy Poczcie Głównej, skąd dostojni goście udali się na Grüne Schanze, Zielony Szaniec, ówcześnie najbardziej reprezentacyjny plac miejski, dzisiaj zaniedbany plac Tobrucki. "Gdy kareta z parą cesarską wjechała na Grüne Schanze, trysnęła woda z fontanny", po czym Wilhelm II w towarzystwie rzeźbiarza, Karla Ludwika Manzla i burmistrza Hakena obejrzał dopiero co ukończone dzieło. W tym czasie szczecińskie damy wiwatowały ze schodów Nowego Ratusza na cześć pary cesarskiej, a orkiestra odegrała specjalnie skomponowany walc, który Richard Henrion, znany i lubiany przez Wilhelma twórca marszów wojskowych, opatrzył krótkimi słowami: "Szczecin pięknym miastem jest, w nim fontanna Manzla jest". Spośród kolosalnych figur, z których miała bić przemyślana harmonia i nieskończone piękno - zachwycała się dość powściągliwa normalnie "Pommersche Zeitung" - cesarzowi najbardziej spodobał się mocarz popychający statek ze Stettiną - Szczeciną, kobiecą personifikacją rozkwitającego miasta. Żartował, jak z wyraźną kpiną odnotował "Volks-Bote", że takiego siłacza potrzebowałby, aby wreszcie przepchnąć przez "niesubordynowany" parlament zwiększenie wydatków na flotę wojenną. Stettina zgodnie z trendami epoki przyjęła niebawem zlatynizowaną nazwę Sedina, brzmiącą lepiej, a na pewno bardziej podniośle. Znajduje ona zresztą dobre uzasadnienie w jednej z najstarszych łacińskich nazw Szczecina. Nie widać podstaw dla pojawiających się dzisiaj opinii, w których dorabia się nazwie Sedina antysłowiańską ideologię.
Po kilkunastominutowym postoju przy pomniku, Wilhelm odjechał na dworzec, mijając salutujące oddziały grenadierów. Pozostali uczestnicy udali się do Konzerthausu, Sali Koncertowej, przy Augustastrasse (dzisiejszej ul. Małopolskiej), gdzie o godz. 15 odbył się wydany przez miasto uroczysty obiad. Przy ośmiu stołach zasiadło 275 gości, którym zaserwowano między innymi zupę ogonową, turbota po ostendzku, baranie żeberka z warzywami, salami z kuropatwy, bułeczki serowe, desery i wina. Po pierwszym daniu toast na cześć cesarza, "obrońcy pokoju", wygłosił nadprezydent (dziś powiedzielibyśmy wojewoda) Pomorza, Robert Wiktor von Puttkamer, kończąc zwyczajowym "Niech żyje!", co natychmiast podchwycili pozostali stołownicy, odśpiewując pierwszą zwrotkę hymnu narodowego, zawierającą słynne "Niemcy, Niemcy ponad wszystko, ponad wszystko na świecie". W trzech dalszych, dłuższych przemówieniach, wskazywano przede wszystkim na potrzebę rozbudowy zaplecza szczecińskiego portu, pogłębienia toru wodnego na Zalewie i zbudowania krótkiej drogi wodnej do Berlina. Samej Sedinie, "patrzącej odważnie w dal", poświęcił kilka słów jedynie nadburmistrz Haken, dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do powstania pomnika: wspaniałego zwieńczenia wykonanej przez miasto ogromnej pracy. Prezes szczecińskiej Korporacji Kupców, H. Haker, zaangażowany w budowę pomnika, mówił niemal tylko o handlu, szczególnie podkreślając konieczność zwiększenia eksportu towarów przez Szczecin, jak i przejęcia przez miasto wpływów z importu towarów rosyjskich do Berlina, które wciąż płynęły przez Hamburg. Około godz. 18 przyjęcie dobiegło końca.
***
Fontanna autorstwa profesora Manzla, urodzonego na Pomorzu rzeźbiarza berlińskiego, wrosła szybko w krajobraz Szczecina, stając się jednym z jego pocztówkowych symboli. Chociaż nie ulega wątpliwości, że już w momencie powstania monumentalna i wyraźnie przegadana Sedina, jakże kiczowata w zestawieniu z postaciami starszego od Manzla Augusta Rodina, trąciła myszką na tle europejskiej sztuki pomnikowej, to przecież odzwierciedlała ona dobrze trendy w sztuce wilhelmińskiej Rzeszy - jej ciężki i jednocześnie pompatyczny charakter. Odzwierciedlała też dumę wzrastającego w siłę miasta, które jednak wciąż nie miało swojego miejsca na mapie kulturalnej Rzeszy. Ba, ono jego jeszcze nawet nie szukało! Alfred Döblin, najwybitniejszy z pisarzy urodzonych w Szczecinie i zarazem, inaczej niż większość ówczesnych niemieckich szczecinian, przyjaciel odrodzonej w 1918 r. Polski, z niechęcią wspominał szczecińskie „ciasne” klimaty, zupełnie niesprzyjające pracy twórczej. Przed szczecińskim zaściankiem prawdziwi twórcy wciąż uciekali. Sam Manzel artystą wybitnym - na skalę europejską - na pewno nie był, ale umiał się doskonale wpasować w czas, zawsze idąc w pierwszym szeregu: rzeźbił pomniki Wilhelmowi II, młodej Republice Weimarskiej, aby krótko przed śmiercią odlać jeszcze, jak pisała jedna z ówczesnych gazet, „znakomity brązowy medal dr. Goebbelsa”. Również wspomniany Richard Henrion dożył Trzeciej Rzeszy, komponując dla niej marsz fanfarowy „Heil Hitler”. W tym czasie Döblin musiał uciekać z Rzeszy, do której wrócił po wojnie we francuskim mundurze.
***
Czy Sedina, zapytajmy na koniec, warta jest odbudowy? Skłaniałbym się raczej przeciw tej inicjatywie, gdyż drażni mnie patos i monumentalizm pomników wilhelmińskich, które kojarzą się z powolnym zmierzaniem Niemiec w stronę ślepej uliczki: pierwszej, a następnie drugiej wojny światowej. Wprawdzie Sedina nie zawiera żadnych bezpośrednich odniesień militarystycznych, ale - stwierdza współczesny historyk niemiecki Peter Hahn - nie ulega wątpliwości, że sam ogrom postaci z pomników Manzla wyraża potęgę władzy i poczucie wyższości. Jego Sedina należy więc do swoich czasów. Czasów, w których słowa z pierwszej zwrotki niemieckiego hymnu rozumiano coraz bardziej dosłownie, nawet jeśli jeszcze nie tak, jak je interpretowali naziści.
Niezmiernie naiwna i do bólu prowincjonalna jest wiara organizatorów szczecińskiej zbiórki na odbudowę pomnika, że przyciągnie on do miasta turystów. Przyciągnąłby, i owszem, ale tylko dawnych mieszkańców Szczecina, z których stopniowym odchodzeniem z ziemskiego padołu skończy się prosty czas turystyki nostalgicznej. Pozostali Niemcy na pewno nie przyjadą do Szczecina dla Manzla, gdyż mają jego rzeźb pod dostatkiem u siebie, niektóre tymczasem w lapidariach. Chcąc ściągać turystów "na rzeźbę", trzeba by czegoś świeżego, czegoś na miarę pistoletu z zawiązaną lufą, zdobiącego od 1988 r. wejście do siedziby ONZ.
Jest jeszcze jeden argument przeciw odbudowie monumentu, w istocie najmocniejszy. Pomnik Sediny kompletnie nie pasuje do dzisiejszego placu Tobruckiego, zdewastowanego przez wojnę oraz powojenne rozbiórki i budowy. Miasta, które on symbolizował, dawno nie ma. Zniszczyli je sami szczecinianie, zaufawszy - w stopniu jeszcze wyższym niż Niemcy z innych regionów - Hitlerowi. Nawet jeśli przytłaczająca większość z nich nie wiedziała, na co głosuje. Symbolem obecnego Szczecina jest raczej tobołek, który chciał postawić na cokole fontanny Maciej Szańkowski, jeden z najwybitniejszych rzeźbiarzy polskich. Idea to godna poparcia i znakomicie współgrająca z pomysłem na brakujące Szczecinowi nowoczesne muzeum miasta w latach 1933-1989, muzeum obrazujące historię środkowoeuropejskiego miasta w dobie totalitarnych przesiedleń i dyktatury. Plac Tobrucki byłby dla niego miejscem wprost wymarzonym.
Jest tylko jedna możliwość uratowania idei przywrócenia miastu pomnika Sediny. Trzeba by jednak przetworzyć ten monument, co mógłby zrobić tylko wybitny artysta. Nowa Sedina musiałaby zawierać opowieść o tym, co wydarzyło się w Szczecinie po 1933 r.: o spaleniu przez nazistów stojącej nieopodal żydowskiej synagogi, o napływie tysięcy robotników przymusowych, o niemieckich opozycjonistach - lewicowych i księżach - zamordowanych przez hitlerowskich katów, o alianckich bombardowaniach, o latarniach pełnych dezerterów w 1945 r., o ucieczce i przymusowym wysiedleniu Niemców, o napływie osadników polskich, w tym licznych polskich Żydów i z czasem Ukraińców, wreszcie o demontażu pomnika, który - jak niemal wszystkie pomniki i dzwony w środkowej Europie - został przetopiony na armaty. Bez tej opowieści Sedina będzie niczym teatralny rekwizyt bez kulisów, będzie świadkiem cudzej historii, a naszych kompleksów.
* Jan M. Piskorski - (ur. 1956), publicysta i historyk z Uniwersytetu Szczecińskiego, profesor gościnny wielu uniwersytetów zagranicznych, przewodniczący Rady Muzeum Narodowego w Szczecinie.
- 225 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
-
Sedina nie pasuje do polskiego Szczecina
leopold.korytkowski
23.10.08, 21:39
a pitolisz pan panie piskorski jak potluczony. nie wiem skad w was tylekompleksow, fajnie ze pomnik jest odbudowywany w jak najwierniejszysposob,niemiecka historia szczecina to historia »
-
Sedina nie pasuje do polskiego Szczecina
cwal2004
24.10.08, 09:04
całkowicie nie zgadzam się. Najlepiej wyrwać kartki z historii i zapomnieć, że Szczecin należał do kilku państw, w tym i do Niemiec. Przecież on zawsze był polskim miastem - jak nam wmawiano»
-
Zamiast narzekac, zrobmy cos kreatynego... :)
kadamin
29.10.08, 09:21
Szczecin to cudne miasto, pieknie polozone przyrodniczo i strategicznie, toistna koparka zlota, lekko przykryta glina... Niestety malo jest chetnych by wtej glinie pogrzebac by dobrac sie do»
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć
