Wijas: Szczecin potrzebuje kultury wysokiej

- pisze radny SLD Jędrzej Wijas
29.09.2009 , aktualizacja: 29.09.2009 19:29
A A A Drukuj
Konflikt, który rozegrał się ostatnio między Związkiem Artystów Szczecińskich a "Szczecin 2016", dowodzi, że tej ostatniej instytucji nie interesuje zapoznawanie szczecinian ze sztuką na wysokim poziomie
Jędrzej Wijas
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Jędrzej Wijas
Jednym z działań podjętych przez utworzoną prawie 6 miesięcy temu instytucję "Szczecin 2016" jest monitorowanie działań konkurujących miast, które podobnie jak Szczecin aspirują do tytułu "Europejska Stolica Kultury" w 2016. Nazywa się to "spojrzeniem z zewnątrz". Odczuwalny jest w tym jeden brak - zewnętrznej perspektywy oglądu naszych własnych starań. Trudno czynić z tego zarzut samej instytucji, lecz można go postawić tym, którzy powinni ją nadzorować.

Obecnie mamy swoiste interregnum we władzach wykonawczych miasta na funkcji osoby odpowiadającej za politykę kulturalną. Po dymisji Tomasza Jarmolińskiego z funkcji zastępcy prezydenta, przekazaniu - przejściowo - jego kompetencji Elżbiecie Masojć oraz słabej i słabnącej pozycji Wydziału Kultury brak jest postaci czy ośrodka, który mając moc decyzyjną, byłby parterem w dialogu o sprawach kultury w Szczecinie. To wakujące miejsce, w którym podejmuje się doraźne i strategiczne decyzje, wypełnia w coraz większym stopniu instytucja „Szczecin 2016”. Wizja polityki kulturalnej, jaką ona reprezentuje, jest dość specyficzna. Niepokojące szczególnie jest to, że jej sposób pojmowania jest sprzeczny ze zdefiniowanymi w ostatnich latach ambicjami kulturalnymi i intelektualnymi Szczecina.

Rozbieżność kierunków

Na przestrzeni ostatnich trzech lat wykrystalizowała się w środowiskach artystycznych, naukowych i politycznych inicjatywa powołania Akademii Sztuki, poważnej, państwowej uczelni w Szczecinie. Nie tylko ja przyjąłem ją z entuzjazmem - zgoda i wspólny wysiłek połączyły wszystkie siły polityczne, grupy środowiskowe i zainteresowane uczelnie.

Skąd to emocjonalne zaangażowanie, ta determinacja? Otóż, moim zdaniem, inicjatywa powołania wyższej uczelni artystycznej wpisuje się w aspiracje intelektualne Szczecina, który postrzega siebie jako rzeczywistą stolicę (a nie tylko - administracyjną) całego Pomorza. Razem z nową siedzibą Pleciugi, inwestycją w nowy budynek Filharmonii Szczecińskiej, tworzeniem galerii sztuki współczesnej czy planami kulturalnego zagospodarowania Łasztowni owa uczelnia tworzy przeświadczenie, że Szczecinowi zależy na kulturze profesjonalnej i jej wysokim poziomie. Inaczej mówiąc - sytuujemy siebie w szeregu takich miast, które swoją politykę kulturalną opierają na sztuce najwyższej próby, na aktywnych instytucjach, skupiających wokół siebie coraz większą ilość mieszkańców. Tu nasuwa mi skojarzenie z Liverpoolem, który tak właśnie sprofilował swoje działania, starając się, a później realizując program ESK w minionym roku.

Wszystko, co dotąd robiliśmy w sferze kultury, było oparte na myśleniu - generujemy zjawiska artystyczne i kulturalne jak najwyższej jakości (na nasze możliwości), oparte o najlepszych dostępnych artystów i staramy się zachęcać jak najszerszą grupę mieszkańców do uczestnictwa. Inaczej mówiąc - dotychczas celem polityki kulturalnej Szczecina było uczynić nas wszystkich mądrzejszymi i bogatszymi wewnętrznie. Spełnienie naszych aspiracji postrzegaliśmy we wspieraniu odważnych inscenizacji w Teatrze Współczesnym, ambitnych realizacji Pleciugi, w dbaniu o kunszt Filharmonii Szczecińskiej, w finansowaniu wielu przedsięwzięć pozainstytucjonalnych, które importowały na rodzimy grunt wartościowe zjawiska kultury, powstałe w Polsce czy na świecie. Piszę o tym w czasie przeszłym, bo ten kierunek został zakwestionowany. Staraniom Szczecina o ESK nie patronuje już tego rodzaju myślenie.

Inkluzja czy infantylizacja

Jak dzisiaj rozdzielić w sztuce i kulturze to co wysokie, od tego co niskie? Skalą popularności? Tytułem naukowym artysty? Tego typu wyznaczniki nie zdają się na nic. Na swój własny użytek stosuję probierz: czy dane dzieło zadaje mi pytania? Czy jest "szorstkie" w odbiorze i wymaga ode mnie myślenia, wątpienia, stawania przed problemami? Czy jest nieoczywiste? Jeśli odpowiedzi są twierdzące, wiem, że mam do czynienia z czymś artystycznie i intelektualnie wartościowym.

By mogły powstawać takie dzieła (teatralne, plastyczne, muzyczne, literackie, lecz także - naukowe), ich autor musi pozostawać niezależny wobec społecznych oczekiwań, politycznych czy ideologicznych tendencji. Ma on być suwerenem myśli. Obok talentu, wrażliwości musi posiadać wiedzę - choćby po to, by nie być epigonem. Musi być fachowcem w artystycznym kunszcie.

Konflikt, który rozegrał się ostatnio między Związkiem Artystów Szczecińskich a "Szczecin 2016", dowodzi, że tej ostatniej instytucji nie interesuje zapoznawanie szczecinian z tego rodzaju sztuką. Nie, dzieło ma być jak najprostsze i "służące ogółowi społeczeństwa". Nie profesjonalni artyści będą je tworzyć, lecz amatorzy. Nie będziemy równać w górę, lecz w dół. A to wszystko pod hasłem demokratyzacji sztuki i uspołeczniania kultury.

Starsi obywatele słyszą w tym znajomą nutę - przez ładnych parę dekad w Polsce sztuka miała być „demokratyczna” i „służąca żywotnym interesom mas robotniczo-chłopskich”. Dziś zwie się to funkcją społeczną sztuki, która ma być realizowana przez swoiście rozumianą inkluzję (włączanie) w kontrze do artystowskiej postawy, która generuje podział na tych, którzy rozumieją i na całą wykluczoną resztę, niepotrafiącą rozkodować dzieła. Z otrzymanych przeze mnie materiałów, dokumentujących pierwsze 5 miesięcy działania „Szczecin 2016”, wynika przejrzyście, że idziemy w kierunku afirmacji amatorszczyzny, przeciętności i obniżania ambicji intelektualnych Szczecina, oczywiście pod szczytnym hasłem uspołeczniania.

To, co zyskało największe uznanie instytucji starającej się zapewnić Szczecinowi miano Europejskiej Stolicy Kultury, to myśl jednego z uczestników spotkań poniedziałkowych w Willi Lentza, przekuta na zarys strategii. Znajdziemy tam następujące zalecenie: "odejść od próby szermowania w staraniach wysoką kulturą czy dotychczasowymi instytucjami kultury, na rzecz programu szerokiego rozwoju kultury ( ) w celu rewitalizacji społecznej miasta i rozwoju wszystkich mieszkańców".

Dalej proponowana jest realizacja projektów pod oczekiwania "bezrobotnych, robotników, rzemieślników, urzędników itp.". Powyższe postulaty spotkały się z entuzjastycznymi głosami poparcia ze strony pracowników "Szczecin 2016" i środowisk skupionych wokół tej instytucji.

Z trudem skrywana wrogość wobec kultury instytucjonalnej (tak naprawdę - profesjonalnej) przejawia się także w projektach realizowanych przez "Szczecin 2016". W działaniu pn. "Obserwatorium kultury", kosztującym dotychczas nasze miasto ponad 26 tys. zł, chodzi o wykonanie badań mających potwierdzić lub utrzymać tezę, że "kultura instytucjonalna ogranicza dostęp do kultury dla amatorów". W jaki sposób, można spytać? No cóż, drzwi naszych bibliotek ani teatrów nie są zamykane przed kimkolwiek - nie spotkałem się ze zjawiskiem "selekcji na bramce" w żadnej instytucji kultury w Szczecinie. W jeden sposób kultura profesjonalna ogranicza dostęp - poprzez swój poziom intelektualny.

Brniemy w ślepą ścieżkę, tępiąc utytułowanych artystów i postponując instytucje. Nie tylko w staraniach o Europejską Stolicę Kultury, lecz także w wymiarze społecznym właśnie. Tak naprawdę, infantylizując ludzi, przypinając łatki ("bezrobotny" czy "urzędnik" z założenia nie rozumie sztuki wysokiej - co za absurd!), traktując ich jak myślowe kaleki - wykluczamy ich i siebie z możliwości awansu intelektualnego i kulturalnego.

Niebezpieczeństwa politycznie nakazanej inkluzji społecznej w kulturze i sztuce doskonale zdiagnozował Frank Furedi, prof. socjologii Uniwersytetu Kent w Wielkiej Brytanii. W książce „Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?” pisze m.in. „edukacyjne i kulturalne nakazy programu inkluzji społecznej mają niewiele wspólnego z odkryciami, a instytucje zaangażowane w działania na rzecz inkluzji w efekcie wykluczają wyzwania”. Dążenie do społecznej partycypacji w tworzeniu sztuki, do równorzędności sztuki tworzonej przez absolutnych amatorów i znakomitych zawodowców według Furediego „banalizuje doświadczenia artystyczne”. Zamiast się rozwijać drepczemy w miejscu. Schlebiając powszechnym gustom, afirmując je, w istocie „zwiększamy wyobcowanie” ludzi ze sfery kultury, w której rozkwita życie intelektualne.

Postawienie na "społeczny wymiar kultury" znajduje odzwierciedlenie w projektach realizowanych przez "Szczecin 2016" za grube kilkaset tysięcy złotych z budżetu miasta. Nie znajdziemy tam rozbudowanych programów rezydencjalnych skierowanych do znakomitych artystów, którzy mogliby zadać nam pytania dotąd niezadawane (odnotowałem jedną skromną wymianę młodych artystów) ani projektów kumulujących potencjał artystyczny, intelektualny miasta i przekuwających go w wydarzenia o szerokim zakresie oddziaływania, przy zachowaniu wysokiego poziomu. W zamian akcent położony jest na działania z zakresu "social network" - np. budowę struktury 150 konsultantów-wolontariuszy, którzy głęboko wierząc w nadejście ESK do Szczecina, swoją żarliwością wyznawczą mają zarazić po 20 osób każdy. Mamy sobie wmówić, że jesteśmy Europejską Stolicą Kultury, dyskredytując ambitnych twórców i mądre instytucje, afirmując amatorstwo. Przy takim podejściu niedługo nie będziemy kulturalną stolicą nawet ziemi szczecińskiej. A poza tym - co za sens fundować Akademię Sztuki czy nową Filharmonię Szczecińską, skoro nowa polityka kulturalna autorstwa "Szczecin 2016" traktuje wykształconą elitę artystyczną z obrzydzeniem?

Na koniec - żeby była jasność - dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, samo pojęcie inkluzji społecznej jest mi bardzo bliskie. W sferze kultury rozumiem je jednak w taki sposób, który nie obraża ludzi, nie niańczy ich, lecz uznaje, że każdy ma, mniejsze lub większe, ambicje intelektualne. Oferta rozwoju intelektualnego w Szczecinie powinna być rozwijana i pogłębiana, i stale obecna w obiegu publicznym. Ma być zachęcająca - ale swoim wysokim poziomem, oferowanym bogactwem myśli i emocji, przy dostępności ekonomicznej. Ma być różnorodna - tak aby, każdy znalazł coś dla siebie - także ten, który chce sztuki najwyższej próby.

Po drugie, darzę dużym szacunkiem ruch amatorski w kulturze i sztuce, samemu będąc członkiem organizacji pozarządowych działających w sferze kultury. Popularyzuje on kulturę, wspiera aktywny odbiór, często przygotowując na spotkanie z dziełami profesjonalistów. Jego rola jest nie do przecenienia i do należytego docenienia finansowego.

W Szczecinie nastąpiło jednak znaczące przesunięcie - okazuje się, że nasz potencjał intelektualny mamy budować na działaniach bardziej przypominających psychoterapię społeczną niż tworzenie wysokiej kultury. Nastąpiło przesunięcie, które dalej pogłębiane, zepchnie Szczecin na intelektualny margines. Na szczęście - wszystko mija i polityka tego rodzaju też przeminie. Pytanie - kiedy i czy nie będzie za późno.

Od redakcji: Debata o modelu szczecińskiej kultury

W kontekście starań Szczecina o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 na naszych łamach wywiązała się ciekawa dyskusja na temat modelu kultury w naszym mieście. Zaczęło się od "sporu o ściany".

Młodzi twórcy ze Związku Artystów Szczecińskich wystąpili do miasta z projektem malowania wielkoformatowych obrazów na ślepych i zaniedbanych ścianach miejskich kamienic. - Jeśli państwo w swój projekt nie wprowadzą elementu uspołecznienia, ja rekomendacji nie dam - odpowiedział im Marek Sztark. Artyści poczuli się oszukani i zlekceważeni. O sprawie napisaliśmy 10 września.

Jednym z dwóch kluczowych kryteriów konkursowych [ESK] - obok "europejskiego wymiaru" - jest "miasto i obywatele". To kryterium zakłada, że stopień społecznego uczestnictwa w różnego rodzaju działaniach kulturalnych powinien być możliwie jak największy - napisał pracownik biura Szczecin 2016 Robert Jurszo w artykule "Europejska Stolica Kultury - najważniejsi są mieszkańcy. (GW Szczecin, 22 września).

red

Podziel się

  • 30 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy