Co się stało w kamienicy na Żelechowej
2009-11-07
, aktualizacja: 06.11.2009 20:12
Kamienica przy ul. Żelaznej. 24-latek otruł się w mieszkaniu chemikaliami. To prawdopodobnie samobójstwo. Stężenie niebezpiecznych substancji w całym budynku było tak duże, że trzeba było ewakuować mieszkańców
ZOBACZ TAKŻE
- Wybuch gazu spowodował właściciel mieszkania. Popełnił samobójstwo (23-11-09, 14:57)
- Rozmowa o chemikaliach (07-11-09, 09:00)
24-latek (według sąsiadów student) zmarł w swojej łazience. Gdy do środka weszli strażacy, w brodziku stała miska wypełniona chemikaliami. Obok puste butelki, m.in. po kwasie solnym. Na drzwiach wewnątrz mieszkania wisiała kartka z ostrzeżeniem, by nie wchodzić ze względu na trujące substancje.
Ciało mężczyzny odnalazł jego brat, który ok. godz. 21 w czwartek wrócił do domu.
- Kiedy do mieszkania wszedł nasz zastęp ratownictwa chemicznego, w powietrzu było silne stężenie dwutlenku siarki, aż 2,2 proc. - mówi Mirosław Siewierski, rzecznik komendy miejskiej szczecińskiej straży pożarnej. - Jeszcze przed północą utrzymywało się 2 proc.
Na pierwszym piętrze, bezpośrednio nad mieszkaniem 24-latka i jego brata mieszkają państwo Olszewscy. Pan Roman jest chory na grypę, więc w czwartek spał w pokoju. Pani Żanna i syn byli wiele godzin w kuchni.
- Gotowałam, a syn odrabiał lekcje. Rozmawialiśmy. Czułam dziwny zapach, jakby zepsute jaja. Zastanawiałam się, co tak śmierdzi, ale pomyślałam, że może z kanalizacji - opowiada pani Żanna. - I ja, i syn poczuliśmy się źle, więc położyliśmy się. Obudziło mnie walenie do drzwi. To strażacy kazali się nam szybko ewakuować. Nawet nie zdążyłam założyć ciepłych ubrań. Syna ubrałam. Teraz ciągle kaszlemy i boję się, czy coś nam nie dolega.
Olszewscy nocowali u matki kilka klatek dalej, w bezpiecznej części bardzo długiej kamienicy. Także inne rodziny (w sumie ewakuowano pięć rodzin - 16 osób) spędziły noc u bliskich czy znajomych. Tylko jedną Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie zakwaterował w schronisku dla bezdomnych rodzin przy al. Wojska Polskiego.
Marek Bergieł z pierwszego piętra wieczorem obchodził cały dom. - Szukałem, skąd tak śmierdzi siarką. W końcu stwierdziliśmy z żoną, że pewnie jak zwykle z kanalizy - mówi. - Żeby nie ta kanalizacja, to może bym się domyślił, że coś złego się dzieje. Może bym go uratował.
Żona pana Marka ledwie hamuje łzy. Żal jej młodego sąsiada.
- Od dzieciństwa mieszkali tu z bratem. Bardzo grzeczni ludzie. Ten, który zginął, zamknięty w sobie, ale bardzo grzeczny - mówi Bogusława Bergieł. Potwierdza to jej sąsiad spod piątki: - Obaj bracia grzeczni, uczynni. Jak moja matka chorowała i trzeba jej było dać zastrzyk, a ja nie umiałem, to ten młodszy nam pomagał.
Dopiero w piątek po godz. 9 lokatorzy mogli wrócić do mieszkań.
- Całą noc wietrzyliśmy ten dom. Rano patrol chemiczny ponownie zbadał powietrze - mówi Siewierski. - Było czyste. Nie zawierało szkodliwych substancji.
Ale ludzie i tak z lękiem wchodzili do domu. Tylko pani Sylwia długo jeszcze stała przed kamienicą. Jej nie pozwolono wejść. Kobieta wynajmowała pokój u braci z parteru. Pracuje w sklepie. W czwartek poszła na drugą zmianę do godz. 22. Kiedy jej chłopak po pracy odwiózł ją na stancję, już nie mogła wejść do domu. Klatka była odgrodzona taśmą. W ich mieszkaniu okna były pootwierane na oścież. Pani Sylwia dowiedziała się, że jeden z jej gospodarzy nie żyje. Była zdumiona, bo kiedy wychodziła, nic nie wskazywało na to, by chłopak był załamany czy miał kłopoty.
- Zostałam bez niczego. Nawet dokumentów nie mam ze sobą - martwiła się kobieta. - Kazali mi dla bezpieczeństwa wyrzucić całe jedzenie i ubranie. Ale nie wiem, czy ubranie wyrzucę, bo w czym będę chodzić? Powiedzieli, że jak nie wyrzucę, to na własną odpowiedzialność. Nawet nie wiem, gdzie teraz będę mieszkać.
Policjanci i prokurator kazali jej poczekać, aż przyjedzie rodzina braci. Bo tylko jej mogą przekazać klucze od mieszkania. Lokatorom pozostałych mieszkań zalecono przede wszystkim wyrzucić żywność, która stała na wierzchu (poza lodówką) i przeprać ubrania.
Policja wykluczyła udział osób trzecich.
- Okoliczności wskazują na samobójstwo - potwierdziła Małgorzata Wojciechowicz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Szczecinie. - Prokurator zarządził przeszukanie innych części domu, by sprawdzić, czy nie ma tam więcej tej substancji chemicznej. Zabezpieczył chemikalia do zbadania. Śledztwo jest jak na razie we wstępnej fazie. Bo wejść do mieszkania mogliśmy dopiero, gdy zostało wywietrzone.
Ciało mężczyzny odnalazł jego brat, który ok. godz. 21 w czwartek wrócił do domu.
- Kiedy do mieszkania wszedł nasz zastęp ratownictwa chemicznego, w powietrzu było silne stężenie dwutlenku siarki, aż 2,2 proc. - mówi Mirosław Siewierski, rzecznik komendy miejskiej szczecińskiej straży pożarnej. - Jeszcze przed północą utrzymywało się 2 proc.
Na pierwszym piętrze, bezpośrednio nad mieszkaniem 24-latka i jego brata mieszkają państwo Olszewscy. Pan Roman jest chory na grypę, więc w czwartek spał w pokoju. Pani Żanna i syn byli wiele godzin w kuchni.
- Gotowałam, a syn odrabiał lekcje. Rozmawialiśmy. Czułam dziwny zapach, jakby zepsute jaja. Zastanawiałam się, co tak śmierdzi, ale pomyślałam, że może z kanalizacji - opowiada pani Żanna. - I ja, i syn poczuliśmy się źle, więc położyliśmy się. Obudziło mnie walenie do drzwi. To strażacy kazali się nam szybko ewakuować. Nawet nie zdążyłam założyć ciepłych ubrań. Syna ubrałam. Teraz ciągle kaszlemy i boję się, czy coś nam nie dolega.
Olszewscy nocowali u matki kilka klatek dalej, w bezpiecznej części bardzo długiej kamienicy. Także inne rodziny (w sumie ewakuowano pięć rodzin - 16 osób) spędziły noc u bliskich czy znajomych. Tylko jedną Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie zakwaterował w schronisku dla bezdomnych rodzin przy al. Wojska Polskiego.
Marek Bergieł z pierwszego piętra wieczorem obchodził cały dom. - Szukałem, skąd tak śmierdzi siarką. W końcu stwierdziliśmy z żoną, że pewnie jak zwykle z kanalizy - mówi. - Żeby nie ta kanalizacja, to może bym się domyślił, że coś złego się dzieje. Może bym go uratował.
Żona pana Marka ledwie hamuje łzy. Żal jej młodego sąsiada.
- Od dzieciństwa mieszkali tu z bratem. Bardzo grzeczni ludzie. Ten, który zginął, zamknięty w sobie, ale bardzo grzeczny - mówi Bogusława Bergieł. Potwierdza to jej sąsiad spod piątki: - Obaj bracia grzeczni, uczynni. Jak moja matka chorowała i trzeba jej było dać zastrzyk, a ja nie umiałem, to ten młodszy nam pomagał.
Dopiero w piątek po godz. 9 lokatorzy mogli wrócić do mieszkań.
- Całą noc wietrzyliśmy ten dom. Rano patrol chemiczny ponownie zbadał powietrze - mówi Siewierski. - Było czyste. Nie zawierało szkodliwych substancji.
Ale ludzie i tak z lękiem wchodzili do domu. Tylko pani Sylwia długo jeszcze stała przed kamienicą. Jej nie pozwolono wejść. Kobieta wynajmowała pokój u braci z parteru. Pracuje w sklepie. W czwartek poszła na drugą zmianę do godz. 22. Kiedy jej chłopak po pracy odwiózł ją na stancję, już nie mogła wejść do domu. Klatka była odgrodzona taśmą. W ich mieszkaniu okna były pootwierane na oścież. Pani Sylwia dowiedziała się, że jeden z jej gospodarzy nie żyje. Była zdumiona, bo kiedy wychodziła, nic nie wskazywało na to, by chłopak był załamany czy miał kłopoty.
- Zostałam bez niczego. Nawet dokumentów nie mam ze sobą - martwiła się kobieta. - Kazali mi dla bezpieczeństwa wyrzucić całe jedzenie i ubranie. Ale nie wiem, czy ubranie wyrzucę, bo w czym będę chodzić? Powiedzieli, że jak nie wyrzucę, to na własną odpowiedzialność. Nawet nie wiem, gdzie teraz będę mieszkać.
Policjanci i prokurator kazali jej poczekać, aż przyjedzie rodzina braci. Bo tylko jej mogą przekazać klucze od mieszkania. Lokatorom pozostałych mieszkań zalecono przede wszystkim wyrzucić żywność, która stała na wierzchu (poza lodówką) i przeprać ubrania.
Policja wykluczyła udział osób trzecich.
- Okoliczności wskazują na samobójstwo - potwierdziła Małgorzata Wojciechowicz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Szczecinie. - Prokurator zarządził przeszukanie innych części domu, by sprawdzić, czy nie ma tam więcej tej substancji chemicznej. Zabezpieczył chemikalia do zbadania. Śledztwo jest jak na razie we wstępnej fazie. Bo wejść do mieszkania mogliśmy dopiero, gdy zostało wywietrzone.
Najnowsze wiadomości
- 5 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Co się stało w kamienicy na Żelechowej
miecio555
07.11.09, 10:38
To nie samobójca, a zwyczajny morderca. Jeśliby sobie chciał odebrać psie życie rzuciłby się pod pociąg albo powiesił, a nie powodował zatrucia niewinnych ludzi. Co za zbok.»
Najczęściej czytane24 htydzień



