Z procesu. Jak auto wjechało w motocykl Yossariana

Andrzej Kraśnicki jr
03.02.2012 , aktualizacja: 03.02.2012 20:22
A A A Drukuj
Świadek: - Peugeotem zarzuciło, bo zjechał prawym kołem na pobocze. Przez chwilę jakby jechał bokiem, potem kierowca wyprostował auto, ale był już na przeciwnym pasie ruchu. Tam uderzył w motor
Józef K. (w środku, po prawej stronie) podczas rozprawy
Fot. Andrzej Kraśnicki jr / Agencja Gazeta
Józef K. (w środku, po prawej stronie) podczas rozprawy
30 kwietnia 2011 roku na drodze między Policami a Trzebieżą doszło do czołowego zderzenia motocykla z samochodem dostawczym. Kierowca samochodu, Józef K., miał 1,2 promila alkoholu we krwi. Kierowca motocykla to Krzysztof Jasik, znany wśród miłośników motocykli i historii Szczecina jako "Yossarian". Przed Sądem Rejonowym w Szczecinie rozpoczął się wczoraj proces w tej sprawie.

Zajmijcie się moją żoną

Joanna, żona Krzysztofa, wchodzi do sądu o kulach. Porusza się z trudem, siada z trudem, w wielu miejscach ciała nie ma czucia, ma problemy ze snem. Jest oskarżycielem posiłkowym.

- Cały czas czuję ból - mówi przed sądem.

Jechała motorem razem z mężem. Przeszła cztery ciężkie operacje. W szpitalu spędziła trzy miesiące, rehabilitacja wciąż trwa. Na sali sądowej, siedząc dokładnie naprzeciw Józefa K., opowiada o potwornym bólu, na który nie pomagała morfina, o tym jak niewiele zapamiętała z późnego popołudnia 30 kwietnia 2011 roku. Wypadek spowodował, że częściowo straciła pamięć.

- Dwie doby znikły mi z życiorysu - mówi przed sądem.

Jedyne wspomnienie jest krótkie: leży na asfalcie. Pochyla się nad nią jakaś kobieta. Mówi, że mieli wypadek. - Mąż żyje - uspokaja ją.

Krzysztof Jasik jest przytomny - tak wspominają świadkowie.

- Zajmijcie się moją żoną - prosi ratownika medycznego z ekipy pogotowia. Lekarz decyduje, że pani Joanna musi jako pierwsza dotrzeć do szpitala. Leci śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Krzysztof trafia do karetki. Też odniósł ciężkie obrażenia. Umiera. Zostawia żonę i dwójkę nastoletnich dzieci.

Zarzuciło go

Oskarżony Józef K. ma 48 lat. Był rzemieślnikiem. Jego adwokat Grzegorz Wołek jeszcze przed rozprawą mówi dziennikarzom, że nie ulega wątpliwości, że jego klient jechał pod wpływem alkoholu.

- Trzeba jednak wyjaśnić okoliczności, w jakich doszło do wypadku - mówi dziennikarzom.

Wersja Józefa K. jest taka: wypił ze znajomym "dwa piwa i lekkiego drinka". Jadący z naprzeciwka motocyklista pędził i wpadł na jego pas. On, chcąc uniknąć czołowego zderzenia, zjechał na lewy pas. Tam już jednak zaczął wracać motocyklista. I mniej więcej na środku jezdni doszło do czołowego zderzenia.

Przed sądem staje pierwszy świadek - Daniel T. Jechał swoim audi za dostawczym peugeotem Józefa K.

- Przy przejeździe kolejowym peugeotem zarzuciło, bo zjechał prawym kołem na pobocze - opowiada świadek. - Samochód przez chwilę jakby jechał bokiem, potem kierowca wyprostował auto, ale był już na przeciwnym pasie ruchu. Tam uderzył w motor.

Daniel T. nie ma wątpliwości: Przed zderzeniem kierujący motocyklem jechał wolno swoim pasem.

Ślad koła samochodu po zjechaniu na pobocze zostaje odnaleziony przez policjantów.

Kolejny świadek to Michał W. Jechał ze swoją dziewczyną rowerami. Tuż przed wypadkiem mijali motocykl. - Jechał z niedużą prędkością, środkiem swojego pasa, a nawet trochę bliżej prawej krawędzi - opowiada świadek. Chwilę potem usłyszeli pisk opon.

- Obróciłem się, widziałem, jak jadące motocyklem osoby wyleciały w górę - opowiada.

W zeznaniach złożonych dzień po tragedii opisuje jeszcze, że dostawcze auto Józefa K. po zderzeniu zjechało do prawej krawędzi jezdni.

Świadkowie są zgodni. Józef K. nie wyszedł z auta, by udzielić pomocy. Zeznający później policjanci i funkcjonariusze Żandarmerii Wojskowej, którzy dotarli na miejsce, mówią, że Józef K. od początku zapierał się, że do wypadku nie doszło z jego winy i że "motocykl jechał za szybko". Językiem zatykał ustnik alkomatu utrudniając badanie. Pobrano mu krew. Miał 1,2 promila.

Szybki proces

Na wniosek obrony 9 lutego przesłuchani będą jeszcze policjanci dokumentujący miejsce wypadku i biegły, który obarczył winą za spowodowanie wypadku Józefa K.

Na koniec rozprawy adwokat Józefa K. oświadczył, że to nieprawda, iż jego klient został złapany przez policję, kiedy wydano za nim list gończy. Sam zgłosił się do adwokata, który zawiadomił policję. Józef K. ukrywał się ponad dwa miesiące. Znikł, gdy sąd okręgowy zdecydował o jego aresztowaniu. Wcześniej sąd rejonowy zgodził się pozostawić go na wolności, co wywołało oburzenie znajomych "Yossariana".

Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 12 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów