Jacky Challot: Teraz Solidarności brakuje wroga

Adam Zadworny
2010-09-06 , aktualizacja: 05.09.2010 20:18
A A A Drukuj
- Wpadłem w Świnoujściu. Podobno celnik zauważył, że auto jest w środku za małe - wspomina Francuz Jacky Challot, który w stanie wojennym siedział w PRL-owskim więzieniu za pomoc Solidarności
Jacky Challot opowiada o wydarzeniach sprzed lat w restauracji na Wałach Chrobrego
Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta
Jacky Challot opowiada o wydarzeniach sprzed lat w restauracji na Wałach Chrobrego
ZOBACZ TAKŻE
Francuski kurier podziemnej "S", który 26 lat temu siedział w szczecińskim więzieniu, a teraz odebrał z rąk Lecha Wałęsy Medal Wdzięczności, odwiedził w piątek Szczecin z polską żoną, którą poznał w latach 80. w paryskim biurze Solidarności.

Rozmowa z Jacky'm Challotem

Adam Zadworny: Co spowodowało, że przed 30 laty Francuz nieznający w ogóle Polski zdecydował się ryzykować dla niej wolność?

Jacky Challot : Związek zawodowy, do którego należałem, miał zaproszenie do uczestnictwa w pierwszym zjeździe Solidarności. Pojechałem. Z ciekawości, dla przygody, trochę z nudów - bo moja praca w urzędzie skarbowym nigdy nie była specjalnie ciekawa. Mimo nieznajomości kraju, jego kultury i języka, zafascynowałem się tym, co się u was dzieje. Na ulicy dosłownie czuło się wiatr wolności. To było naprawdę wielkie przeżycie. Poczułem, że muszą się w to zaangażować, bo to coś ważnego. Niedługo potem przyjechałem pierwszy raz ze sprzętem i farbami. Co ciekawe, ufundowały go związki CGT korektorów. Całe CGT [najstarszy francuski związek zawodowy - działa od 1885 r. - przyp. red.] były już wtedy opanowane przez komunistów.

Jak pan zapamiętał wprowadzenie stanu wojennego?

- To był prawdziwy szok. W niedzielę zaczęła w Polsce rządzić junta, a w poniedziałek pod ambasadą polską w Paryżu była już wielka manifestacja w obronie Solidarności. Przyszło 200 tysięcy ludzi! Pomyślałem wtedy, że przyda się ludziom "S" nasza pomoc. Problem w tym, że nie było już wiz turystycznych. Jedyna możliwość wjazdu do Polski to był konwój humanitarny pod egidą Kościoła.

Jak pan złapał kontakt z naszym podziemiem?

- Skontaktowałem się z biurem "S" w Paryżu, m.in. z Sewerynem Blumsztajnem i Mirosławem Chojeckim. Oni kupili furgonetkę, w której została zrobiona specjalna skrytka. Z zewnątrz były leki, żywność. A w skrytce - części do powielaczy. Potem poszliśmy na całość. Przemycałem całe powielacze offsetowe, nadajniki radiowe, farby i masę książek, m.in. paryskiej "Kultury" i londyńskiego "Aneksu". Poznałem Polskę. Jeździłem do Krakowa, Lublina, Wrocławia, Warszawy.

W końcu pan wpadł. Jak to było?

- Jazda przez NRD była zbyt wielkim ryzykiem. Dlatego jeździłem przez Danię. Stamtąd promem do Świnoujścia. Właśnie tam wpadłem. Do dziś nie wiem, dlaczego. Podobno celnik zauważył, że auto jest w środku za małe. Na granicy trzymali mnie kilka godzin. Okazało się, że czekaliśmy na przyjazd ekipy telewizyjnej ze Szczecina. Zrobili materiał o wpadce kuriera i wielkim sukcesie służb.

Jak było w śledztwie?

- Najpóźniej po dwóch dobach powinni zawiadomić ambasadę francuską. Zrobili to po dwóch tygodniach. Gdy o to pytałem, odpowiadali: "Powiadomiliśmy, widocznie ich to nie interesuje". Na wypadek wpadki miałem opracowaną bajeczkę: mówiłem, że to inny Francuz załatwiał powielacze, to on występował o wizę. Sprawdzili w polskiej ambasadzie, zgadzało się. Oczywiście tamten, to było jasne, nigdy nie mógł wjechać do PRL. Na przesłuchaniach tłumaczem SB był facet, który przed wojną był u nas we Francji górnikiem. Próbowałem go zagadać na boku, ale był po ich stronie.

Jak pan wspomina polskie więzienie?

- Siedziałem areszcie przy ul. Kaszubskiej. Pierwszy zwrot, jakiego się nauczyłem, to "kopsnij szluga". Więźniowie dobrze mnie traktowali. Niektórzy mówili: "Solidarność jest w porządku, ale powiedz, ile dostawałeś forsy za kurs". Nie chcieli wierzyć, że jeździłem za darmo. Siedziałem w celi z kierownikiem jakiegoś zakładu mięsnego, który handlował nielegalnie szynkami czy czymś. Bronili mnie Roman Łyczywek ze Szczecina i Tadeusz de Virion z Warszawy. Miałem mieć też francuskiego adwokata, ale polskie władze odmówiły mu wizy.

Nie wiedział pan, że we Francji jest wielki ruch domagający się pana uwolnienia?

- Wielu sławnych ludzi, w tym Gerard Depardieu, się za mną ujęło. Po czterech miesiącach puścili mnie za kaucją, którą wpłaciły związki. Dali mi też zakaz wjazdu do PRL przez 10 lat. No i zabrali mój pamiętnik pisany w areszcie. Następny raz odwiedziłem Polskę już, kiedy była wolna - na początku lat 90. Z żoną Polką, która poznałem we Francji już po więzieniu.

Jak pan odbiera to, że na 30. rocznicę Sierpnia '80 działacze Solidarności się pokłócili?

- Brakuje wam wspólnego wroga.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 6 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy