Plaga dziecięcych poparzeń
2010-05-13
, aktualizacja: 13.05.2010 17:48
Zwykle przez cały rok przyjmowaliśmy ok. stu poparzonych dzieci, teraz tylko przez pierwszy kwartał było ich ponad 60 - alarmują lekarze ze szpitala dziecięcego na Wojciecha.
Głębokie oparzenia kawą, herbatą czy wodą z czajnika pociągniętego za kabel. Dzieci z takimi ranami najczęściej trafiają na Wojciecha. 14-miesięczny Igor po dwóch tygodniach właśnie wyszedł ze szpitala. Ma poparzoną twarz i rączkę. Gdy mama przygotowywała jedzenie dla niego i jego siostrzyczki, ściągnął na siebie gorącą kaszę.
- Nie sądziłam, że mógłby tam się wcisnąć i sięgnąć tę kaszę - mówi zrozpaczona mama Igora. - Mam takie poczucie winy, że gdyby nie wsparcie męża, chyba nie dałabym rady. My, rodzice chyba mamy za małą wyobraźnię. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, co taki maluch potrafi zrobić.
Igorowi wystarczyła pomoc chirurgów. Najcięższe przypadki tygodniami leczy się na intensywnej terapii. Krzysztof Kowalski, lekarz asystent na OIOM opowiada, że czasem przychodzi im się zmierzyć z zaskakującymi poparzeniami: - Ratowaliśmy malucha, któremu rodzice wstawili do łóżeczka słoneczko, bo było zimno - mówi Kowalski. - Inny niemowlak sturlał się z kanapy wprost do stojącej przy łóżku wanienki z wrzątkiem. Mama przygotowywała kąpiel. Nalała wrzątku i poszła po zimną wodę. Kolejny miał poparzone stopy, bo został włożony do kąpieli do niesprawdzonej wody, zbyt gorącej.
W ostatnim czasie opinię publiczną poruszył los 2,5-letniego Adriana, który poparzył się chemikaliami - w kwietniu w sklepie zjadł granulki środka do udrażniania rur. W ciężkim stanie trafił na OIOM. Na szczęście od piątku jego stan poprawił się na tyle, że dziecko jest już na oddziale pediatrii.
- Oparzenia chemiczne są rzadsze. Najczęściej dzieci ulegają oparzeniom termicznym. W tym roku wyjątkowo często - mówi Stanisław Paradowski, wicedyrektor ds. medycznych szpitala przy Wojciecha. - Ponad 90 proc. wypadków dotyczy dzieci około pierwszego i drugiego roku życia. Dwulatek zaczyna chodzić i jest ciekawy świata. Wtedy trzeba na niego najbardziej uważać. Niedawno zaczęliśmy kampanię informacyjną na temat oparzeń, a paradoksalnie mamy teraz tak dużo przypadków.
Paradowski dodaje, że spanikowani rodzice często nie wiedzą, co zrobić po oparzeniu termicznym.
- Należy jak najszybciej zdjąć ubranie i oparzone miejsce schłodzić zimną wodą - podpowiada. - Jeśli to np. rączka, można polewać ją wodą z kranu czy prysznica. Ale nie wolno całego dziecka zanurzyć w zimnej wodzie, co niestety się zdarza. Grozi to szokiem termicznym i może być niebezpieczne dla życia dziecka. Szybko trzeba skontaktować się z lekarzem.
Zdaniem lekarzy rodzice teraz są bardziej nieuważni niż pokolenie wcześniej. Dlaczego?
Dr Urszula Kazubowska z instytutu pedagogiki Uniwersytetu Szczecińskiego przygotowała właśnie książkę "Odpowiedzialność rodzicielska. Teoria i praktyka" (ukaże się w lipcu). Jej zdaniem dzisiejsi rodzice pozwalają na więcej i bezpodstawnie zakładają, że dzieci gotowe są do zadań, które tak naprawdę je przerastają. Nasi dziadkowie, rodzice mieli większe poczucie odpowiedzialności za dzieci.
- Dziś wielu rodziców w pewnym sensie zwalnia się z opieki albo zdaje się na innych. Uznaje, że dziecko sobie poradzi albo czegoś nie zrobi. Brak im perspektywicznego myślenia i ograniczonego zaufania. Nie przewidują skutków - uważa dr Kazubowska. Podkreśla, że rodzic musi być "wyprzedzający". Powinien rozważać, co może się stać. Musi wcześniej rozmawiać z dzieckiem (jego językiem) na temat zagrożeń.
ZOZ Zdroje, którego częścią jest szpital przy Wojciecha, uruchomił już kampanię uświadamiającą problem oparzeń. 17 maja rozpoczyna budowę kilkułóżkowego dziecięcego centrum oparzeń.
- Nie sądziłam, że mógłby tam się wcisnąć i sięgnąć tę kaszę - mówi zrozpaczona mama Igora. - Mam takie poczucie winy, że gdyby nie wsparcie męża, chyba nie dałabym rady. My, rodzice chyba mamy za małą wyobraźnię. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, co taki maluch potrafi zrobić.
Igorowi wystarczyła pomoc chirurgów. Najcięższe przypadki tygodniami leczy się na intensywnej terapii. Krzysztof Kowalski, lekarz asystent na OIOM opowiada, że czasem przychodzi im się zmierzyć z zaskakującymi poparzeniami: - Ratowaliśmy malucha, któremu rodzice wstawili do łóżeczka słoneczko, bo było zimno - mówi Kowalski. - Inny niemowlak sturlał się z kanapy wprost do stojącej przy łóżku wanienki z wrzątkiem. Mama przygotowywała kąpiel. Nalała wrzątku i poszła po zimną wodę. Kolejny miał poparzone stopy, bo został włożony do kąpieli do niesprawdzonej wody, zbyt gorącej.
W ostatnim czasie opinię publiczną poruszył los 2,5-letniego Adriana, który poparzył się chemikaliami - w kwietniu w sklepie zjadł granulki środka do udrażniania rur. W ciężkim stanie trafił na OIOM. Na szczęście od piątku jego stan poprawił się na tyle, że dziecko jest już na oddziale pediatrii.
- Oparzenia chemiczne są rzadsze. Najczęściej dzieci ulegają oparzeniom termicznym. W tym roku wyjątkowo często - mówi Stanisław Paradowski, wicedyrektor ds. medycznych szpitala przy Wojciecha. - Ponad 90 proc. wypadków dotyczy dzieci około pierwszego i drugiego roku życia. Dwulatek zaczyna chodzić i jest ciekawy świata. Wtedy trzeba na niego najbardziej uważać. Niedawno zaczęliśmy kampanię informacyjną na temat oparzeń, a paradoksalnie mamy teraz tak dużo przypadków.
Paradowski dodaje, że spanikowani rodzice często nie wiedzą, co zrobić po oparzeniu termicznym.
- Należy jak najszybciej zdjąć ubranie i oparzone miejsce schłodzić zimną wodą - podpowiada. - Jeśli to np. rączka, można polewać ją wodą z kranu czy prysznica. Ale nie wolno całego dziecka zanurzyć w zimnej wodzie, co niestety się zdarza. Grozi to szokiem termicznym i może być niebezpieczne dla życia dziecka. Szybko trzeba skontaktować się z lekarzem.
Zdaniem lekarzy rodzice teraz są bardziej nieuważni niż pokolenie wcześniej. Dlaczego?
Dr Urszula Kazubowska z instytutu pedagogiki Uniwersytetu Szczecińskiego przygotowała właśnie książkę "Odpowiedzialność rodzicielska. Teoria i praktyka" (ukaże się w lipcu). Jej zdaniem dzisiejsi rodzice pozwalają na więcej i bezpodstawnie zakładają, że dzieci gotowe są do zadań, które tak naprawdę je przerastają. Nasi dziadkowie, rodzice mieli większe poczucie odpowiedzialności za dzieci.
- Dziś wielu rodziców w pewnym sensie zwalnia się z opieki albo zdaje się na innych. Uznaje, że dziecko sobie poradzi albo czegoś nie zrobi. Brak im perspektywicznego myślenia i ograniczonego zaufania. Nie przewidują skutków - uważa dr Kazubowska. Podkreśla, że rodzic musi być "wyprzedzający". Powinien rozważać, co może się stać. Musi wcześniej rozmawiać z dzieckiem (jego językiem) na temat zagrożeń.
ZOZ Zdroje, którego częścią jest szpital przy Wojciecha, uruchomił już kampanię uświadamiającą problem oparzeń. 17 maja rozpoczyna budowę kilkułóżkowego dziecięcego centrum oparzeń.
Najnowsze wiadomości
- 4 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Najczęściej czytane24 htydzień
- Kaczyński: "Z mediów się tego wszystkiego ...
- Siatkarskie ME zagrożone. Hala nie będzie ...
- Wiemy gdzie dziś fotoradar poluje na kierowców
- Nowy pomnik w Szczecinie. Oryginalny, ...
- Ilu milionerów jest w zachodniopomorskim
- Polonista oskarżony o pisanie prac na ...
- Piękna pogoda dziś i cały tydzień. Czy to ...




