Nie o nich mieliśmy myśleć w Katyniu
2010-04-13
, aktualizacja: 13.04.2010 19:48
W ten weekend Robert Turliński ze Szczecina po raz pierwszy jechał do Katynia, na grób rotmistrza Gracjana Łapczyńskiego. Zapamięta to na całe życie
- To był nasz rodzinny bohater. Brat dziadka. Nie znałem go osobiście. Wszystko o nim wiedziałem, znałem z opowiadań babci. Kiedy w czasach komuny Katyń był tematem tabu, on był dla mnie symbolem męczeństwa, kimś z rodziny, kto tam zginął. To Katyń kojarzył się z wojną - opowiada Robert.
Listy rotmistrza
Rodzina rotmistrza Łapczyńskiego nawet nie wie, kiedy dokładnie Sowieci go pojmali. Pewnego dnia dostali list. Że czuje się dobrze i żeby korespondencję do niego wysyłać do Kozielska. Potem znów słuch o nim zaginął. Do 1943 r.
- Był w grupie tych, których rozpoznano po ekshumacji przeprowadzonej w Katyniu przez Niemców - mówi Turliński.
Teraz spora część jego rodziny działa w stowarzyszeniu Rodzin Katyńskich. Dlatego Robert był w gronie tych, którzy pociągiem specjalnym pojechali na obchody 70. rocznicy mordu katyńskiego.
Pociąg z Warszawy odjechał w piątek o godz. 10. Ok. godz. 13 opuścił Polskę, ale dopiero o 21 wyjechał z Brześcia - po kilkugodzinnym dostosowaniu podwozi do wschodniego rozstawu torów. Do Smoleńska dotarł o 6 rano (już czasu rosyjskiego - u nas była wtedy 4 rano). Przez trzy następne godziny wszyscy dalej siedzieli w pociągu lub kręcili się po dworcu. Sam budynek - malowniczy, świeżo odremontowany.
Smoleńska mgła
Robert: - O godz. 7.30 zrobiłem zdjęcia dworca. Tuż po świcie świeciło słońce, było błękitne niebo. Nic nie zapowiadało zmiany pogody. Półtorej godziny później mgła była taka, że na kilka metrów nie było nic widać. Potem, po mszy i uroczystościach, znów wyszło słońce.
Na odległy 14 km od Smoleńska cmentarz w lesie katyńskim pasażerowie zostali przewiezieni autokarami po godz. 9. Mieli prawie trzy godziny do rozpoczęcia oficjalnych uroczystości. Na ścianie poświęconej poległym 70 lat temu każdy mógł poszukać tabliczki z nazwiskiem tego, dla kogo tam przyjechał. Ludzie składali kwiaty, modlili się, robili zdjęcia. Robert przyczepił mały wieniec przy tabliczce upamiętniającej dziadka rotmistrza. Zapalił znicz.
Przed godz. 11 (9 czasu polskiego) wszyscy - pociągiem przyjechało ok. 300 osób - zaczęli gromadzić się w miejscu uroczystości.
I wtedy zobaczyli to dziwne poruszenie wśród dziennikarzy. Nerwową wymianę zdań, dzwonienie przez komórki. Do nich też zaczęły przychodzić SMS-y z pytaniami z Polski: "Co się stało?"
Turliński, który komórkę wyłączył jeszcze w pociągu i włączył dopiero w drodze powrotnej, nie odbierał nawet SMS-ów.- My tam, na miejscu, wiedzieliśmy o wiele mniej niż ludzie w Polsce - mówi. - W kraju wszystkie telewizje i radia przekazywały informacje, te potwierdzone i niepotwierdzone. A myśmy, zebrani w jednym miejscu, właściwie nic nie wiedzieli, choć byliśmy tuż obok miejsca tragedii. Strzępki informacji, podawanych z ust do ust przez Polaków i Rosjan, często były sprzeczne. W pewnej chwili do mikrofonu podszedł Jan Pospieszalski i przekazał nam tę straszną wiadomość. Że wydarzyła się tragedia, zginął prezydent z żoną i inni ludzie lecący samolotem prezydenckim...
I już nic nie było takie samo
I wtedy wszystko się zmieniło. Zamiast mszy w intencji pomordowanych 70 lat temu, odbyło się nabożeństwo ku czci ofiar katastrofy.
- A przecież nie o tych ofiarach chcieliśmy tam myśleć. Zupełnie inny cel miał ten wyjazd - mówi Turliński. - Nie byłem specjalnym zwolennikiem prezydentury Lecha Kaczyńskiego, ale to był szok. W głowie kołatały się myśli, że to przecież głowa państwa, najważniejsza osoba w Polsce. A z drugiej strony, że zginęli ludzie, Polacy, tak jak my. Nieważne stało się, czy byli z lewicy, czy prawicy, bo wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi.
Od południa (godz. 10 polskiego czasu) już nic nie przebiegało tak, jak przewidywał scenariusz. Po mszy na cmentarzu miał być uroczysty obiad z udziałem prezydenta Kaczyńskiego. Zamiast tego gości naprędce wsadzono do autokarów, przewieziono do kantyny wojskowej, gdzie szybko zjedli i wrócili na smoleńską stację kolejową. W drogę powrotną mieli wyruszyć o godz. 20. Pociąg odjechał wcześniej, już o 16.
Dopiero w Warszawie Robert Turliński, oglądając telewizję, dowiedział się szczegółów.
- Obejrzałem reakcję świata, Rosjan. To, jak zachował się Putin, znaczy dla mnie bardzo wiele. Bo my, Rodziny Katyńskie, nie oczekujemy, że z ust Rosjan usłyszymy słowo "przepraszam". Ale już samo to, że oficjalnie informują o Katyniu, pokazują film Andrzeja Wajdy w głównym kanale telewizyjnym, to bardzo wiele dla pamięci tych ofiar. Dopełnieniem byłoby ujawnienie listy białoruskiej, dzięki której wszyscy, którzy zginęli 70 lat temu, przestali by być anonimowi.
Listy rotmistrza
Rodzina rotmistrza Łapczyńskiego nawet nie wie, kiedy dokładnie Sowieci go pojmali. Pewnego dnia dostali list. Że czuje się dobrze i żeby korespondencję do niego wysyłać do Kozielska. Potem znów słuch o nim zaginął. Do 1943 r.
- Był w grupie tych, których rozpoznano po ekshumacji przeprowadzonej w Katyniu przez Niemców - mówi Turliński.
Teraz spora część jego rodziny działa w stowarzyszeniu Rodzin Katyńskich. Dlatego Robert był w gronie tych, którzy pociągiem specjalnym pojechali na obchody 70. rocznicy mordu katyńskiego.
Pociąg z Warszawy odjechał w piątek o godz. 10. Ok. godz. 13 opuścił Polskę, ale dopiero o 21 wyjechał z Brześcia - po kilkugodzinnym dostosowaniu podwozi do wschodniego rozstawu torów. Do Smoleńska dotarł o 6 rano (już czasu rosyjskiego - u nas była wtedy 4 rano). Przez trzy następne godziny wszyscy dalej siedzieli w pociągu lub kręcili się po dworcu. Sam budynek - malowniczy, świeżo odremontowany.
Smoleńska mgła
Robert: - O godz. 7.30 zrobiłem zdjęcia dworca. Tuż po świcie świeciło słońce, było błękitne niebo. Nic nie zapowiadało zmiany pogody. Półtorej godziny później mgła była taka, że na kilka metrów nie było nic widać. Potem, po mszy i uroczystościach, znów wyszło słońce.
Na odległy 14 km od Smoleńska cmentarz w lesie katyńskim pasażerowie zostali przewiezieni autokarami po godz. 9. Mieli prawie trzy godziny do rozpoczęcia oficjalnych uroczystości. Na ścianie poświęconej poległym 70 lat temu każdy mógł poszukać tabliczki z nazwiskiem tego, dla kogo tam przyjechał. Ludzie składali kwiaty, modlili się, robili zdjęcia. Robert przyczepił mały wieniec przy tabliczce upamiętniającej dziadka rotmistrza. Zapalił znicz.
Przed godz. 11 (9 czasu polskiego) wszyscy - pociągiem przyjechało ok. 300 osób - zaczęli gromadzić się w miejscu uroczystości.
I wtedy zobaczyli to dziwne poruszenie wśród dziennikarzy. Nerwową wymianę zdań, dzwonienie przez komórki. Do nich też zaczęły przychodzić SMS-y z pytaniami z Polski: "Co się stało?"
Turliński, który komórkę wyłączył jeszcze w pociągu i włączył dopiero w drodze powrotnej, nie odbierał nawet SMS-ów.- My tam, na miejscu, wiedzieliśmy o wiele mniej niż ludzie w Polsce - mówi. - W kraju wszystkie telewizje i radia przekazywały informacje, te potwierdzone i niepotwierdzone. A myśmy, zebrani w jednym miejscu, właściwie nic nie wiedzieli, choć byliśmy tuż obok miejsca tragedii. Strzępki informacji, podawanych z ust do ust przez Polaków i Rosjan, często były sprzeczne. W pewnej chwili do mikrofonu podszedł Jan Pospieszalski i przekazał nam tę straszną wiadomość. Że wydarzyła się tragedia, zginął prezydent z żoną i inni ludzie lecący samolotem prezydenckim...
I już nic nie było takie samo
I wtedy wszystko się zmieniło. Zamiast mszy w intencji pomordowanych 70 lat temu, odbyło się nabożeństwo ku czci ofiar katastrofy.
- A przecież nie o tych ofiarach chcieliśmy tam myśleć. Zupełnie inny cel miał ten wyjazd - mówi Turliński. - Nie byłem specjalnym zwolennikiem prezydentury Lecha Kaczyńskiego, ale to był szok. W głowie kołatały się myśli, że to przecież głowa państwa, najważniejsza osoba w Polsce. A z drugiej strony, że zginęli ludzie, Polacy, tak jak my. Nieważne stało się, czy byli z lewicy, czy prawicy, bo wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi.
Od południa (godz. 10 polskiego czasu) już nic nie przebiegało tak, jak przewidywał scenariusz. Po mszy na cmentarzu miał być uroczysty obiad z udziałem prezydenta Kaczyńskiego. Zamiast tego gości naprędce wsadzono do autokarów, przewieziono do kantyny wojskowej, gdzie szybko zjedli i wrócili na smoleńską stację kolejową. W drogę powrotną mieli wyruszyć o godz. 20. Pociąg odjechał wcześniej, już o 16.
Dopiero w Warszawie Robert Turliński, oglądając telewizję, dowiedział się szczegółów.
- Obejrzałem reakcję świata, Rosjan. To, jak zachował się Putin, znaczy dla mnie bardzo wiele. Bo my, Rodziny Katyńskie, nie oczekujemy, że z ust Rosjan usłyszymy słowo "przepraszam". Ale już samo to, że oficjalnie informują o Katyniu, pokazują film Andrzeja Wajdy w głównym kanale telewizyjnym, to bardzo wiele dla pamięci tych ofiar. Dopełnieniem byłoby ujawnienie listy białoruskiej, dzięki której wszyscy, którzy zginęli 70 lat temu, przestali by być anonimowi.
Najnowsze wiadomości
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć